NA DACZY

    Dacza to coś w rodzaju domku letniskowego.Dla wielu obywateli Związku Sowieckiego była to jedna z oznak luksusu i dobrobytu.Szczyt marzeń niektórych,nie dla wszystkich osiągalna.Często to coś w rodzaju naszych polskich altanek na ogródkach działkowych,czasami jakaś budowla kojarząca się nam raczej z szopą ale są też piękne osiedla i miejscowości gdzie stoją dacze luksusowe z kanalizacją,pełną infrastukturą,wszelkimi podłączeniami,telewizją satelitarną i internetem.Oczywiście chronione.

    Widziałem te budowle często przejeżdżając przez podmiejskie miejscowości.Architektura i pomysłowość właścicieli wszelaka.Ale przecież chodzi głównie o to aby odpocząć, pogrillować,spotkać się z rodziną lub znajomymi ,,na prirodie”.Opowiadał mi znajomy jak kiedyś został zaproszony na daczę gdzieś pod Leningradem.Drewniana stodoła i Grisza-gospodarz pił wodę z wiadra.Te czasy już chyba minęły.

    Znajomi,od których wynajmowałem mieszkanie pochwalili się jednej z kuzynek,że jest u nich ,,innostrannyj” gość.Ta postanowiła nas wszystkich zaprosić do siebie na daczę.Było to w Odessie więc klimat pozwalający na kilka miesięcy w roku zamienić mieszkanie w rozgrzanym mieszkaniu na położony gdzieś nad morzem domek.Zaproszenie przyjąłem z wielkim zadowoleniem.W końcu poczuję na własnej skórze co to takiego odpoczynek na daczy.

    Kuzynka ma na imię Marinka.Pracownica administracyjna jednego z odesskich teatrów.Jej mąż Serioża,wysokiej klasy znany okulista.Wydaje mi się,że nie odpoczywają w szopie i nie piją wody z wiadra.Znajomi bardzo ich chwalą,to podobno ichnia klasa średnia.Co prawda dawno się nie widzieli ale teraz wraz z gościem zagranicznym odświeżą rodzinne związki.

    Jedziemy komunikacją miejską więc wnioskuje,że bez alkoholu się nie obędzie.Umówieni jesteśmy pod teatrem gdzie czekać ma Marinka i dalej już razem.Wsiadamy w marszrutkę i niedługo jesteśmy pod teatrem.Marszrutka to wspaniały wynalazek i udogodnienie dla pasażerów przynajmniej w moim mniemaniu.,,Marszrutnoje taxi” to rodzaj autobusu właściwie busa,kilkanaście miejsc siedzących i stojące.Kursuje bardzo często na każdej trasie.Przemieszczać się można nim bardzo szybko,jedzie jak samochód osobowy.Takie skrzyżowanie autobusu z taksówką.Bywają wersje trochę większe,takie mini autobusy ale zasada działania taka sama.Cena trochę wyższa niż tramwaj czy trolejbus ale warto ze względu na czas podróży.W każdym mieście jest trochę inaczej,czasami płaci się przy wsiadaniu,gdzie indziej przy wysiadaniu.I zatrzyma się tam gdzie się poprosi czy zamacha stojąc przy drodze.W Odessie na przykład opłatę regulujemy przy wysiadaniu.W zależności od ilości przejechanych przystanków płaciło się 1,5 lub 2 hrywny.Nikt nie pilnuje odległości i nie liczy oprócz samych pasażerów.Nie zauważyłem nigdy żeby ktoś nie przyznał się do tej dłuższej trasy.W większej wersji marszrutki bywają drzwi z tyłu pojazdu.Czasami jeśli jest duży tłok kierowca wpuszcza lub wypuszcza nimi ludzi.Jest ciasno i kto nie ma możliwości podejść i uregulować opłaty prosi współpasażerów o pomoc.Wtedy pieniądze wędrują z ręki do ręki lub nad głowami do kasy:

    -,,za dwa płacę z Morwagzała”- i podaj dalej

    -,,za dwa z Morwagzała”- powtarzają uczynni współpodróżni i podają sobie banknoty.Tą sama drogą wraca też ,,zdacz” czyli wydana reszta.Jeśli ktoś chce wysiąść a cięzko się dostać do przedniego wyjścia wystarczy tylko krzyknąć tak żeby kierowca usłyszał a jeśli nie usłyszy to ktoś zaraz to samo powtórzy głośno -,,zadnie !!!” i wtedy otworzą się drzwi z tyłu.I wysiada ponoć zawsze ten kto zapłacił.Jakoś nie moge sobie wyobrazić tego w Polsce,mogłoby wyskoczyć i pół autobusu.Nie wiem czy to mentalność inna czy tak porządku nauczyła ich władza totalitarna,w każdym bądź razie działa.I nikogo nic nie dziwi,nikomu nic nie przeszkadza.Raz jechałem z dworca z wypchaną torbą,zająłem miejsce na końcu żeby nikomu nie przeszkadzała.Ponieważ był to dzień przedświąteczny marszrutka zapełniła się do oporu,wszyscy wsiadali pod dużymi sklepami z większymi zakupami.Na moim przystanku wcale się nie rozluźniło więc przepychałem się wąskim przejściem środkiem między fotelami a torbę dźwigałem nad ludzkimi głowami trochę je też obijając.Nie usłyszałem żadnej uwagi a jeszcze wyciągały się ręce i chętnie pomagały.A kierowca cierpliwie czekał aż przebrnę.

    Pod teatrem wita nas Marinka.Kobieta pod pięćdziesiątkę,wysoka,postawna,elegancka i bardzo sympatyczna.Ma bardzo miły i przyjemny głos.Zaraz podjeżdża inna marszrutka i szybko wskakujemy.Jedziemy i jedziemy.To duże miasto.W Polsce wielu moim rozmówcom wydaje się,że Ukraina to małe miasteczka i wioski.A to potężne miasta z wielkim zapleczem olbrzymich fabryk,szerokie kilkupasmowe drogi-prospekty i masa ludzi na ulicach.Osiedla bloków-sypialnie wraz z całą infrastukturą.Taka Odessa jest chyba wielkości Warszawy a gdzie jeszcze Donieck,Dniepropietrowsk,Zaporoże,Charków,Połtawa…Taki Lwów też przecież jest duży..i Tarnopol i Stanisławów…o Kijowie już nie wspominam.Wysiadamy pod jakimś większym sklepem spożywczym,marketem.Wchodzimy na zakupy,Marinka twierdzi,że czegoś by tam można jeszcze dokupić.Pakujemy do koszyka jakieś słodycze,czipsy,owoce,to co moze się przydać na takim pikniku.Nie zapominamy o kilku kartonach miejscowego czerwonego wina.Przy kasie znajomi szepczą mi dyskretnie,że to ja powinienem za to wszystko zapłacić.Trochę mnie dziwi taka bezpośredniość bo nie jechałem w gości z pustą ręką jak oni ale płacę.Żaden problem.I znowu do marszrutki.Teraz jedziemy już po terenach podmiejskich.Domki jednorodzinne,ośrodki wczasowe,obozy pionierskie-młodzieżowe,jakiś przepiękny klasztor.Autobus kończy bieg.Pętla gdzieś w lesie.Trasa widać,że ruchliwa sądząc po ilości odpoczywających kierowców.Marszrutki się wietrzą.Nie wiem czy mi się zdaje czy to już słychać szum morza.Po drodze stoją jakieś muzealne wagony,czytam tablice pamiatkowe, gdzieś tu przebiegała linia frontu.

    Przechodzimy na skróty przez jakiś dawny ośrodek wczasowy.Całkiem jak w PRL-u tylko dużo większe.Domki się rozpadają, na placu zabaw odrapane karuzele i huśtawki.I nagle przed nami przepiękny widok.Stoimy na górze,ostre zejście w dół a tam osiedle-kilka uliczek domków i przepiękne morze.Cudo.Docieramy pomału.Dacze przeróżne.Raczej niewielkie ale i dwupiętrowe murowane i kamienne i drewniane.Drogi wybrukowane,wąskie chodniczki i całkiem niezłe samochody.Trochę to jednak przypomina mi nasze ogródki działkowe.Jeszcze tylko jedna,druga furtka i jesteśmy.Powierzchnia działki niewielka.Trawka trochę wypalona słońcem bo tu jednak panują wysokie temperatury,kilka drzewek owocowych i tradycyjnie leżaki,krzesła ogrodowe i grill.Dacza niewielka,z płaskim dachem.Dwie sypialnie,pokoik o bliżej nieokreślonym przeznaczeniu,kuchnia i niewielka łazienka.Wszystko po generalnym remoncie,gipsokartony,ładnie odmalowane.Kuchnia i łazienka wykafelkowane,oczywiście w pełni wyposażone-lodówka,pralka,kuchenka mikrofalowa i tradycyjna.Z zewnątrz budyneczek obłożony panelami.Na wszystkich drzwiach zauważam bardzo potężne i solidne zamki.Najważniejsza część i centralne miejsce całej posiadłości to taras, przez który wchodzi się do wszystkich pomieszczeń.Na tarasie wielki stół,fotele,krzesła i rozkładana kanapa. Na niej podobno chętnie śpi gospodarz.Bardzo zdrowo,wspaniałe powietrze.W Odessie wogóle jest świetny i zdrowy klimat.Kurort.Wiele sanatoriów.Oprócz wszelkich innych walorów leczniczych okolica ta słynie z leczenia alergii.I faktycznie.Sam cierpiałem na to, każdy sierpień był dla mnie bardzo ciężkim miesiącem.Męczył mnie zawsze sienny alergiczny katar.W dzieciństwie obrywałem zawsze:

    -znowu smarkasz!Biegasz z chłopakami,pijesz zimne napoje, jak tak można.-Kto wtedy miał pojecie o jakiś alergiach.Po trzech tygodniach przebywania w Odessie ustąpiły wszelkie objawy

    Rozsiadamy się na tarasie.Marinka krząta się,na stole pojawiają się oprócz naszych zakupów różne cuda.Pierożki ze wszystkim:ze szpinakiem,z serem i kartoszką,z mięsem i jeszcze z owocami.Pełen wybór.To jako przekąski.Skwierczy też coś już na grillu,to moi znajomi przejęli inicjatywę.Najbardziej smakuje mi tutejszy bigos.W przeciwieństwie do naszego to różne rodzaje świetnie przyprawionych mięs troszeczkę tylko obłożone kapustą.Rewelacja.Naprawdę wspaniała kuchnia.Są i słodkości,niczego nie brakuje.Wino lokalne też świetnie smakuje schłodzone.Dobrane smakiem i mocą do tych dań i klimatu.Znowu duży plus dla Marinki.Gospodyni szczerze się stara.Zrozumiałem teraz dlaczego tak znajomi cieszyli się z tego zaproszenia.I skrzętnie ze wszystkiego korzystają.Przypominam sobie jak wujek opowiadał jak to pojechał do Leningradu i poszedł na imprezę.Podano jedzenie,zakotłowało się zaraz.Stwierdził,,zaczekam aż się uspokoi,wszyscy sobie nałożą a potem ja spokojnie.I to był mój błąd”.

    Jak to na imprezie rozmawiamy o wszystkim i o niczym.O dzieciach,o życiu.Marina jako długoletnia pracownica teatru opowiada jakie to sławy widziała i poznała.Odbieram sms-a,muszę pilnie skorzystać z internetu.Ale laptopa nie ma,Serioża ze swoim jeździ do pracy.Może pomoże sąsiad.Idziemy za płot,sąsiad mówi,,net problema”.Drewniana chata,BMW na podjeździe.W środku pełen wypas.

    -Ale komputer jest tylko w sypialni,zaprowadzę- i prowadzi mnie do pokoju.Tam wielkie łóżko a na ścianie wieeelki monitor LCD,bezprzewodowa klawiatura gdzieś leży.

    -A lubię tak,leżę sobie na łóżku i piszę ze znajomymi-opowiada skromnie sąsiad.Myślę sobie,że wody z wiadra chyba nikt tu raczej nie pije.

    Od sąsiada już tylko dwa kroki na plażę.Czyściutko i pusto.Tu prawie nie ma turystów.Sami mieszkańcy osiedla.Trochę im zaczynam zazdrościć.Można zapomnieć o wszystkich problemach.Niech się schowają wszystkie zatłoczone Tunezje,Egipty,Chorwacje.

    NA DACZY

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Please enter your comment!
    Please enter your name here